Tajemnicza katastrofa UFO (?) w Ustce w 1945 roku

strona główna
Księga gości
Podgląd wpisów

Od autora strony: strona dawno temu znaleziona w internecie. Kiedyś po adresem:

           http://strony.wp.pl/wp/anonimaniak/ufo-ustka.html 

później    http://anonimaniak.webpark.pl/ufo-ustka.html

Obecnie strona skasowana, choć konto nadal istnieje... Autor anonimowy, chyba trudno mu się dziwić... patrząc na to spotkało tych którzy wiedzieli.Chciałbym zastrzec że przedstawione tu informacje pochodzą z niepotwierdzonego źródła ale trzeba zauważyć że w wielu relacjach jakie można znaleźć zarówno w literaturze tematu jak i w internecie potwierdzają istnienie tajnych poligonów doświadczalnych w Królewcu,Władysławowie i właśnie Ustce(link).Testowano na nich podobno eksperymentalne pojazdy latające (v7) owyprzedzających swoją epokę (a może naszą?) parametrach i osiągach.

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące tej sprawy pisz pod adres: v7@ufo.nowe.info. Zdzisław Szokowski


Strona omawiająca jedną z najskrzętniej skrywanych tajemnic w powojennej historii Polski, katastrofę hitlerowskiego latającego spodka, ocalałego z zagłady Trzeciej Rzeszy który rozbił się w okolicach Ustki w połowie lipca '45 roku. Oraz hipotezę istnienia tajnych podziemnych hangarów skrywających ową Wuderwaffe, położonych gdzieś na wybrzeżach Pomorza Środkowego. Gdy piszę te słowa 21.06.2000
mam świadomość że narażam się na niebiezpieczeństwo ujawniając to wszystko. Ale jak przekonacie się czytając te niesamowite fakty, nie mam wyboru.

 

"...Opisane tu zdarzenie było dotychczas kompletnie nieznane opinii publicznej wnaszym kraju.Ja sam nie byłem świadom opisanych poniżej wypadków dolutego '99. Wtedy to pojechałem do Szczecina, odwiedzić mojego chorego dziadka leżącego w szpitalu. W pewnym momencie,  gdy wyszła pielęgniarka, kazał mi się nachylić i powiedział mi, że musi mi coś wyznać. Gdyż niedługo już pożyje, a chcialby przed śmiercią pozbyć się ciążącego  na nim piętna tajemnicy. Wiążącego sie z jego służbą wojskową w latach czterdziestych. Wyjawił że w w piwnicy swojego domu zamurował pod podłogą skrzynkę z dokumentami. Tam ukrył spisany przez siebie pamiętnik wraz ze szkicami. Nie chciał mi powiedzieć czego miały dotyczyć, miałem sam sie o tym dowiedzieć po ich wydobyciu. Po otwarciu go przeżyłem szok. Pamiętnik opisywał ni mniej ni więcej tylko przypuszczalny tajny niemiecki latający spodek o nieustalonym do dziś napędzie znany jako V-7 chociaż można spotkać jeszcze opisy innych typów ale do niego chyba najlepiej pasuje poniższa charakterystyka. W pamiętniku były również proste szkice tegoż pojazdu, które zeskanowałem i tu umieściłem. W relacji poniższej streściłem to co w tej historii było najważniejsze.

    Dziadek służył wtedy w jednostce stacjonującej w Ustce, o czym dobrze wiedziałem lecz nigdy nie opowiedział mi szczegółów swojej służby. Nie mówił ich również mojemu ojcu (który już nie żyje), obawiał się bowiem o jego bezpieczeństwo, gdyby przypadkowo się z nimi zdradził. Teraz po upadku komunizmu niebezpieczeństwo zmalało ale nadal wskazana jest najwyższa ostrożność. Dziwić więc może, czemu wyjawiam te rewelacje lecz robię to w konkretnym celu. Chcę ujawnić prawdę o sekrecie skrywanym przez kolejne komunistyczne rządy. Który w dziesięć lat po jego upadku nadal nie został ujawniony. A straciło przez niego życie wielu ludzi i boję się że może tak się dziać nadal... Dziadek  nie podał w pamiętniku żadnych nazwisk, ani bliższych szczegółów jego jednostki wojskowej. Wiedział że mogłoby to mnie narazić na nieprzyjemności.

Teraz przedstawię jego opowieść.

    W czerwcu '45 dziadek który świeżo ukończył studia techniczne które kontynuował przez całą wojnę na tajnych kompletach, został powołany do Ludowego Wojska Polskiego. Do batalionu obrony przeciwlotniczej stacjonującego w okolicach Ustki. Zostali rozlokowani w pobliżu  byłego niemieckiego poligonu lotniczego. Już w pierwszych tygodniach służby, doszło do zdarzenia które na długo utkwiło w pamięci stacjonujących w garnizonie żołnierzy. Pewnej czerwcowej nocy, całą bazę poderwało na nogi wezwanie do alarmu. W odległości kilku km. od brzegu radar wykrył szybko poruszający się obiekt. Kilkakrotne wezwania przez radio po polsku i rosyjsku nie dały rezultatu.

    Sowiecki major nadzorujący, co było regułą w tamtych pierwszych powojennych latach, jednostkę,  zaklinał się że w tym rejonie nie sa prowadzone żadne ćwiczenia Armii Czerwonej. Lecz największe zdziwienie budziło nie to,że obiekt nie odpowiadał, lecz jego prędkość. Wynoszącą zawotną, jak na owe czasy, liczbę kilku tysięcy km. na godzinę (chciałbym przypomnieć że pierwsze radzieckie odrzutowce pojawiły się dopiero pod koniec lat czterdziestych). Po za tym obiekt leciał jakimś dziwnym kursem, robiąc co chwila ukosy, pod kątami które wydawały się niewyobrażalne. Ale mimo wszystko zbliżał się w stronę Ustki. Początkowo myślano że to jakiś błąd radaru, które były jeszcze wówczas bardzo prymitywnym urządzeniami. Lecz to, co zobaczono po paru minutach, przeszło najśmielsze  oczekiwania. Ujrzano, teraz już gołym okiem, pojazd w najmniejszym stopniu nie przypominający samolotu. O okrągłym,spłaszczonym kształcie, który wydał się wtedy mojemu dziadkowi podobny do odwróconej miednicy. Nie słyszano jeszcze wtedy na świecie a tym bardziej w Polsce o latających spodkach, które zobaczy Kenneth Arnold w 1947. Tak więc dziwny "samolot" nadleciał nad bazę. Natychmiast wydano rozkaz otwarcia ognia. Lecz ogień z działek przeciwlotniczych niedrasnął nawet, mknącego z prędkością przekraczającą kilkakrotnie prędkość dźwięku pojazdu. Serie mijały go o dziesiątki metrów. Po kilkukrotnym okrążeniu garnizonu obiekt odleciał  na zachód, w stronę Darłowa. Dziadek był świadkiem tego całego zdarzenia, gdyż z racji wykształcenia, a specjalizował się w łączności, obsługiwał radar.Wkrótce ze sztabu WP i z dowództwa wojsk radzieckich stacjonujących w Polsce nadeszły meldunki by nie zajmować się więcej tą sprawą i zniszczyć wszystkie materiały na ten temat.   A zamiast dotychczasowego radzieckiego doradcy przybył nowy w  stopniu podpułkownika lotnictwa, wraz z kompanią  żołnierzy z gwardyjskiego pułku spadochronowego. Dziwiono się w batalionie tym zabiegom z powodu jednego, choć trzeba przyznać dziwnego zdarzenia. Tym bardziej, że wciągu najbliższego miesiąca nie powtórzyło się to więcej. Wyjaśniono to w ten sposób, że to co widziano było prawdopodobnie amerykańskim samolotem zwiadowczym wysłanym przez imperialistów w celu szpiegowania naszej socjalistycznej ojczyzny. I trzeba wzmóc środki ostrożności,gdyż może to oznaczać wzmożoną działalnośc agentów. Czego potwierdzeniem miał być potężny wybuch w lasach w okolicach Wicka Morskiego. Po przybyciu na miejsce okazało się że uległ wysadzeniu potężny niemiecki bunkier podziemny. Oczywiście teren został natychmiast zabezpieczony przed owych sowieckich spadochroniarzy.   

    I nie wiadomo co dalej się tam działo. W połowie lipca, dziadek wraz zresztą obsługi radaru nadzorował, jak zwykle, przestrzeń powietrzną.  I wtedy znów wykryto tajemniczy "samolot". Tym razem leciał z zachodu na wschód, wzdłuż wybrzeża. Jego lot sprawiał wrażenie bardziej nieregularnego niż poprzednio, poza tym momentalnie tracił prędkość i wysokość. Wkrótce usłyszeli głuchy pogłos i na horyzoncie rozbłysła łuna. Sądząc po jej wielkości, pojazd nie mógł rozbić się zbyt daleko. Momentalnie zjawił się rosyjski podpułkownik i rozkazał kilkunastu polskim sanitariuszom, technikom,  i specjalistom, w tym i mojemu dziadkowi, wyruszenie z jego kompanią na poszukiwania szczątków pojazdu.

    Po kilkunastu godzinach, dzięki wskazówkom napotkanych niemieckich chłopów z wsi która nazywa się obecnie Wytowno, odnaleziono miejsce katastrofy. Była to zabagniona łąką na północ od wioski. Lecz w miejscu upadku, grunt był wyschnięty jak gdyby pod działaniem bardzo wysokiej temperatury. Później odkryto że wybuch nastąpił kilka metrów nad ziemią. Pojazd był rozerwany na kilka  części leżących w odległości kilkunastu metrów od siebie. Na jednej z nichwidniała namalowana swastyka. W środku, w czymś co miało być kabiną leżeli dwaj mężczyżni ubrani w  czarne kombinezony ściśle przylegające do ciała. Z przyczepionymi nazistowskimi emblematami. Na twarzach mieli maski tlenowe. Byli strasznie poparzeni lecz jeden z nich, wysoki blondyn, dawał oznaki życia. Sowieci przewieżli go do słupskiego szpitala, który był obstawiony przez szczelny kordon wojska przez kilka dni, dopóki pilot nie umarł. Niewątpliwie przyspieszyły to przesłuchania jakim go poddawali radzieccy enkawudziści. Szczątki przewieziono tymczasowo do usteckiego garnizonu i umieszczono podo słoną nocy w izolowanym  baraku  strzeżonym oczywiście przez spadochroniarzy. Jeśli chodzi o polskich żołnierzy pomagających przy ich zbieraniu i wywózce to pozwolono im poprowadzić wstępne oględziny ale zarazem zabroniono kontaktów z resztą batalionu. Chcąć nie chcąc musieli zamieszkać w baraku, a tym którzy nie chcieli się na to zgodzić zagrożono poważnymi konsekwenkcjami łącznie z działaniem na szkodę sojuszniczej Armii Radzieckiej co groziło w najlepszym razie wieloletnim pobytem na Syberii. 

     Wkrótce podpułkownik wyjawił im że radziecki wywiad od dłuższego czasu interesował się wybrzeżem w okolicach Łeby i Ustki. Gdyż jak dowiedzieli się od schwytanych niemieckich naukowców, w tych okolicach istniały podczas drugiej wojny tajne poligony, na których testowano supertajne prototypowe konstrukcje lotnicze o napędzie odrzutowym i rakietowym i jakimś jeszcze o którym nie mają bliższych szczegółów. I być może istniały tam też podziemne hangary, gdzie je ukrywano. Gdyż nie znaleziono żadnych budynków mogących wskazywać na takie przeznaczenie. Wchodziły tu też w grę względy bezpieczeństwa, gdyż ich napęd i używane w nim paliwo groziły zapewne wybuchem. Prawdopodobnie nie wycofano ich na zachód w czasie radzieckiej ofensywy, tylko zamaskowano w owych tajnych bazach. A więc mimo zakończenia wojny spodki ich obsługa, naukowcy, piloci i strzegący baz żołnierze SS nadal ukrywają sie tychże hangarach. Podobno najnowocześniejszy ze spodków z pełnym zapasem paliwa jest w stanie dolecieć aż do Hiszpanii, gdzie frankistowski rząd pomoże znaleźć im bezpieczną kryjówkę. Teraz po zakończeniu wojny będzie to znacznie łatwiejsze niż 2 miesiące temu gdy niebo było pełne alianckich samolotów. Lecz są również pozbawieni zapasów paliwa czymkolwiek ono jest i dlatego grupują wszystkie spodki w jednym miejscu by przelać ich paliwo do tego jednego którym mają zamiar przewieźć tajne plany latających maszyn. On sam ma stanowić wzór według którego będzie można odtworzyć resztę. Dlatego trzeba zbadać bardzo dokładnie, ten który wpadł im tak przypadkowo w ręce.   

    Gdyż nie wiadomo czy uda się NKWD znaleźć bazę główną przed ostatecznym odlotem. Wtedy zniszczeniu ulegną wszystkie inne spodki i bazy.Pierwsza już wyleciała w powietrze kilka tygodni temu w Wicku Morskim, co dobrze pamiętają. Przeloty spodków również są rejestrowane wielokrotnie w ciągu ostatniego miesiąca. Ten który przeleciał nad Ustką to jeden z wielu.

    Na koniec dowiedzieli się że po tym co im powiedział, co najmniej przez najbliższe parę lat nie będą mogli się kontaktować ze światem zewnętrznym. Mieli zostać umieszczeni w radzieckiej bazie w Bornym Sulinowie. Oczywiście najbliższe rodziny zostaną do nich sprowadzone. A na razie mieli zając się badaniem pojazdu latającego. Dziadek wraz z drugim kolegą łącznościowcem miał zbadać urządzenia sterownicze i nadawczo-odbiorcze. Reszta, głównie mechanicy mieli zająć się wymontowaniem tego co zostało z silnika.

    Z tego co dziadek zapamiętał, pojazd zanim nie uległ zniszczeniu musiał składać się z dwóch złączonych ze sobą spodków, miał około 15 metrów średnicy i 5 metrów wysokości. W centralnej części górnego spodka była umieszczona równie okrągła kabina pilotów, oszklona ze wszystkich stron i nakryta od góry metalową osłoną. Urządzenie napędowe mieściło się pod nią, we wnętrzu pojazdu.Otoczone koncentrycznie przez zbiorniki, mieszczące zapewne paliwo.Lecz nie można było tego sprawdzić od razu, gdyż były wykonane w tak solidny sposób że żaden z nich nie uległ  zniszczeniu w czasie wybuchu.A zawory łączące je z silnikiem uległy jakiemuś automatycznemu zaryglowaniu, tak że bez pomocy specjalnych narzędzi nie można ich było otworzyć. Sam silnik był prawie kompletnie zniszczony, niewątpliwie przez wybuch znajdującego się bezpośrednio w nim paliwa. Ale na pewno nie był to napęd rakietowy ani tym bardziej odrzutowy. Tak samo zniszczyła się większość dolnej części kadłuba, tak że nie można było określić miejsca gdzie znajdowały się wyloty napędowe. Kabina pilotów uległa małym zniszczeniom, dzięki chronieniu od dołu przez dwie grube stalowe osłony, pomiędzy którymi  znajdowała się jakaś nieznana galaretowata substancja. Wybuch oderwał ją po prostu od reszty pojazdu.W środku mimo zniszczeń można było wyróżnić dwa fotele i kokpit. Oprócz wielu wskażników zegarowych było tam kilka prostych monitorów. Niestety zupełnie potłuczonych. Jeśli chodzi o górny kadłub, to blachy okrycia były poodrywane w wielu miejscach.

    Po paru dniach postanowiono zabrać się za zbiorniki paliwa. I to był początek końca,próba otwarcia zaworu pierwszego z nich spowodowała wybuch znajdującej się w zbiorniku substancji. Dziadek ujrzał tylko oślepiający blask,potem stracił przytomność. Później, leżąc w szpitalu dowiedział się że wybuch zbiornika spowodował natychmiastową śmierć kilku pracujących przy nim mechaników. Dosłownie wyparowali, nie znaleziono po nich dosłownie nic. Następnie fala uderzeniowa zmiotła pół  baraku i wybiła w ziemi lej głębokości paru metrów. Strzaskała też  większość tego, co pozostało ze spodka. Na szczęście jego solidna konstrukcja  uchroniła pięciu ludzi, wykonujących w jego wnętrzu jakieś prace  od śmierci .Wśród nich był i mój dziadek.  

          Z reszty która była na zewnątrz, chyba  dziewięciu, wszyscy zmarli prędzej czy póżniej w szpitalu od od jakiś bardzo ciężkich, nietypowych poparzeń. Ocalała piątka była tylko mocno poturbowana. Teraz już można się było domyślić, czemu Rosjanie pozwolili polskim żołnierzom, nie będących przecież żadnymi naukowcami, badać pojazd. Wykorzystano ich jak króliki doświadczalne. Podobno resztki tego co zostało ze spodka, łącznie ze zbiornikami paliwowymi które i tym razem ocalały, wywieziono do sowieckiej bazy w Bornem Sulinowie. Dowiedział się tego mój dziadek, od pewnego wojskowego kierowcy, leżącego z nim na oddziale. Miał on wypadek samochodowy, gdy jadąc nocą  drogą z Czaplinka do Szczecinka natknął się niespodziewanie na nieoświetloną kolumnę wielkich,rosyjskich ciężarówek. Zjechał gwałtownie do rowu, lecz zdążył jeszcze zobaczyć jakiś dziwny, zaokrąglony obiekt leżący na jednej z nich. Najbliższą radziecką bazą w tamtej okolicy było właśnie Borne Sulinowo.Teraz po latach, gdy miasto zostało oddane Polakom, odkryto w nim wielkie, betonowe bunkry. Są hipotezy, że służyły do składowania głowic nuklearnych lecz może miały inne przeznaczenie? Pamiętamy bowiem, co się stało gdy próbowano dostać do paliwa zawartego w zbiornikach...

Dziadek, po wyjściu ze szpitala został zwolnionyz wojska. Z powodu złamania żeber, miał wiele obrażeń wewnętrznych. Poza tym, doznałteż urazów czaszki. Póżniej tłumaczył to tym że wszedł na jakąś poniemiecką minę. Nie dostał za to wszystko żadnego odszkodowania. Oczywiście  zagrożono mu niedopowiedzanymi konsekwencjami gdyby próbował komuś wyjawić tajemnicę. Prez wiele lat był pod ciągłą obserwacją. Sam nie wiedział już jakich służb. Z pozostałych, czterech ocalałych z wybuchu jeden zmarł jeszcze w szpitalu podobno przez zakażenie.  Kolejny popełnił samobójstwo nie mogąc znieść ciągłej inwigilacji. Trzeci umarł jeszcze pod koniec lat piećdzięsiatych na jakąś nieznaną choobę. Czwarty podobno  uciekł za granicę.  Jeśli chodzi o pozostałych świadków wydarzenia to jeśli chodzi o radzieckich żołnierzy nie mam żadnych informacji. Niemieccy chłopi z Wytowna którzy wskazali miejsce katastrofy, zostali uwięzieni pod fałszywym zarzutem współpracy z Gestapo. I ślad po nich zaginął.
       Nasuwa się pytanie, czy Rosjanie i wpółpracjące z nimi polskie tajne służby i wojsko odkryli  podziemną hitlerowską bazę latających spodków. Na pewno musieli jakoś odizolować podejrzane tereny. Od razu przychodzi na myśl poligon wojsk obrony powietrznej w Wicku Morskim, znajdujący się na zachód od Ustki,mający przeszło 4000 ha.  Oraz leżący na wschód od niej jeden z największych w PolsceSłowiński Park Narodowy. Wydaje się, że im sięnie udało, przegrali w końcu "zimną wojnę". Czy udało się uciec Niemcom?Możeniekoniecznie za pomocą spodka, mogli się wmieszaćw tłum przesiedlanych z Pomorza Niemców. A spodki nadal są ukryte pod ziemią.
 

Świadectwo pierwszych powojennych mieszkańców Wytowna, może ma powiązanie:

http://www.geocities.com/Athens/Bridge/2268/w120399.html

 

"Wieczorem , po Mszy  Świętej, w wigilię nowego roku  (przypuszczalnie 1956)   pan Paweł z żona i dziećmi krzątali się w wokół budynku szkolnego.  Było już ciemno, gdy nagle rozbłysło  niebieskie światło. Było tak silne, że  aż się odbijało w śniegu dookoła zaśnieżonych klombów szkolnych. Po chwili niesamowita eksplozja wstrząsnęła całą okolicą.  Kilka godzin później przyszli  chłopi. „Panie kierowniku niech pan wyjdzie. Na  niebie dzieje się coś dziwnego”.   W oddali przez kilka godzin na czarnym niebie  widać było słup jonizującego światła.  Czy był to meteoryt,  czy jakaś rakieta  nie wiadomo. Nigdzie nikt o tym nie wspominał , ani w prasie ani w środkach masowego przekazu."


Czy to oznacza że w latch pięćdziesiątych niemieckie spodki nadal działały na tym terenie? A może pamięc ludzka była zawodna i zdarzenie to wydarzyło się w latach czterdziestych? Byłoby to potwierdzenie słów mego dziadka z niezależnego źródła. Na pewno cos się działo w pierwszych latach powojennych, tym bardziej że w roku 1959 miał miejsce w Gdyni Babich Dołach wypadek NOL-a, kóry zatonął w Bałtyku. To jest jedyny pewnik że coś dziwnego o dyskoidalnym kształcie wtedy spadło do morza. Są jeszcze mało prawdopodobne relacje o znalezieniu cżłekopodobnej istoty ale ja skupiłbym się raczej na bliskości miejsca katastrofy do poligonu V-7 we Władysławowie. Kto wie może niszczenie podziemnych baz trwało jeszcze wtedy?

Inne przypadki zaobserwowania UFO (V-7?) nad Polską (w tym rejon Pomorza)

Lecz 16 czewrca 2005 stało się coś co każe nam wrócić do Ustki i poligonu w Wicku Morskim. Wtedy to bowiem podczas ćwiczeń wojskowych zauważono nad uczestniczącym w nich okrętem niezidentyfikowany obiekt latający. Kto nim sterował????


Na stronie "Dziennika Bałtyckiego" jest artykuł traktujący o powyższej historii w kórym oprócz jej streszczenia zamieszczono opnię badaczy tematów i historyków:

Zwolennikiem prawdziwości sprawozdania jest pisarz, tłumacz i publicysta inż. kpt. rezerwy Robert Konstanty Leśniakiewicz.

- Powszechnie uważa się, że badania nad rakietami nad Bałtykiem hitlerowcy prowadzili jedynie w Peenemünde na wyspie Uznam, a tymczasem poligony rakietowe, lub pojazdów dyskokształtnych V-7 były także w okolicach Kołobrzegu, Łeby, Władysławowa i właśnie Ustki - dowodzi w swoich publikacjach. Zdaniem badacza poligon pod Ustką posłużył Rosjanom do atakowania Skandynawii przy pomocy odrzutowych pocisków Fi-103/A-2/V-1 oraz rakiet A-4/V-2, a także najprawdopodobniej podwodnych wyrzutni rakietowych V-9/10 Urzel, które stanowiły kombinację tych dwóch rodzajów pocisków. Emerytowany wojskowy stawia jedynie pod znakiem zapytania podaną przez autora datę wydarzenia jako rok 1945. - Wydaje się, że relacja dotyczy wydarzeń nie z 1945 roku, ale znacznie późniejszych - z przełomu lat 40. i 50., bowiem wątpliwe jest to, że w 1945 roku Polacy i Rosjanie mieli tak dobre radary, by mogły one namierzać obiekty poruszające się ze znacznymi prędkościami - dowodzi Leśniakiewicz.

Bardziej krytycznie nastawieni są do tych rewelacji nastawieni historycy. - Powinniśmy zapomnieć o latających talerzach i zejść na poziom dostępnych nam informacji o technice z czasów II wojny światowej - mówi dr Adam Nogaj, historyk wojskowości. - Nie ulega wątpliwości, że Rosjanie mieli specjalne jednostki NKWD, które przejmowały niemieckie wojskowe ośrodki badawcze. - Gdy Peeenemūnde zostało zbombardowane przez Aliantów to badania nad rakietami V zostały przeniesione w inne miejsca. Możemy przypuszczać, że również na podustecki poligon, bo ma on duży obszar i był w słabo zaludnionym terenie. Czy tak było naprawdę moglibyśmy dowiedzieć się z radzieckich akt wojskowych, bo to Armia Czerwona zajmowała poligon w latach 1945-47. Niestety rosyjskie archiwa są dla nas zamknięte i prawdopodobnie zamknięte zostaną na zawsze.